Bali

Indonezyjska wyspa Bali długo cieszyła się opinią raju w tej części świata, w dużej mierze dzięki bestsellerowej, autobiograficznej książce Elizabeth Gilbert „Jedz, módl się, kochaj”. Pamiętam jak dokładnie 10 lat temu sama czytałam ją z wypiekami na twarzy, rozmarzona jak to pięknie musi być na tej odległej, egzotycznej wyspie. I tak dekadę później jestem tu!

W 2010 roku popularna książka doczekała się nawet ekranizacji, z Julią Roberts w roli głównej. I tak osławione przez hollywoodzką produkcję Bali, zaczęła zalewać fala turystów pragnących pójść śladami filmowej bohaterki. I może wtedy jeszcze Bali było rajem, ale jak to często bywa z miejscami, które nagle szturmują tłumy zachodnich turystów, stopniowo magia tego miejsca zaczęła znikać. Dekadę później odwiedzając tę niewielką indonezyjską wyspę, z trudem udało mi się odnaleźć tam miejsca, które by mnie zachwyciły choćby w połowie tak bardzo, jak autorkę popularnej (9 milionów sprzedanych egzemplarzy) książki.

W podróżach każdy szuka czegoś innego i odkrywa nowe miejsca z innym bagażem podróżniczych doświadczeń. Przed wylotem na Bali, słyszeliśmy sporo negatywnych opinii o wyspie, ale mimo to postanowiliśmy dać temu miejscu szansę, właśnie po to by móc przekonać się na własnej skórze i mieć swoje zdanie. Na Bali spędziliśmy zaledwie trzy dni, wystarczająco długo, aby zobaczyć najważniejsze atrakcje i poczuć klimat wyspy. Pozostałe dni naszego pobytu w Indonezji, spędziliśmy na pobliskich Gili Islands, ale o tym w następnym poście.

Bali to niezwykle popularny kierunek wśród Australijczyków, z racji stosunkowo niewielkiej odległości – ze wschodniego wybrzeża leci się tu zaledwie 6 godzin, z zachodniego wybrzeża zaledwie 4 godziny. To był jeden z powodów, dla którego i my wybraliśmy właśnie ten kierunek na naszą pierwszą azjatycką wyprawę. Bali to niewielka indonezyjska wyspa, którą zamieszkuje aż 4 miliony ludzi. Przeludnienie przejawia się między innymi w ruchu drogowym, co mogliśmy zauważyć już w trakcie pierwszego przejazdu z lotniska do naszego hotelu, dystans zaledwie 15 km pokonywaliśmy około godziny, korki na godzinę przed północą!

Przejażdżka autem po wyspie to gwarancja adrenaliny, nawet jeśli jesteście tylko pasażerami. Słowem można to opisać jako chaos, który jednak jakimś cudem się tu sprawdza. Wyprzedzanie na trzeciego i na czołówkę, to norma, tworzenie dodatkowych pasów, tylko po to by przecisnąć się do przodu, energiczne trąbienie, to tylko niektóre atrybuty lokalnego stylu jazdy. Dodatkowo setki kierowców na skuterach, zasuwających grubo ponad ograniczenia prędkości i to bardzo często bez kasku. Nierzadko obładowani wielkimi workami warzyw czy owoców, albo przewożący nadprogramowych pasażerów, np. koguta pod pachą – serio! Patrzyliśmy na te sceny niekiedy ze zgrozą, ale i z wyraźnym rozbawieniem.

Balijczycy są uśmiechnięci i uprzejmi, choć i bywają nachalni, zwłaszcza w okolicach typowo turystycznych atrakcji, lub na ulicznych straganach, które są tu absolutnie wszędzie. Zdecydowana większość mieszkańców wyspy żyje ze sprzedaży turystom wszelakich ręcznych wyrobów, więc w tym kontekście takie zachowanie jest bardziej zrozumiałe, choć bywa irytujące. Jednak nachalność sprzedawców w Turcji czy Egipcie jest zdecydowanie bardziej upierdliwa, więc aż tak bardzo nam to nie doskwierało.

Bali to wyspa powulkaniczna, stąd jej teren jest mocno górzysty. Dodatkowo położenie na równiku sprawia, że roślinność jest tu bujna i soczyście zielona, szczególnie w okresie pory deszczowej. Strefa klimatyczna, w której leży wyspa sprawia, że w zasadzie przez cały rok jest tu gorąco i wilgotno, co bywa naprawdę uciążliwie w trakcie zwiedzania. Jeśli szukacie pięknych piaszczystych plaż, to nie ma tu ich wiele, a te nieliczne są zatłoczone i niestety często brudne. Zdecydowanie ładniejsze plaże ma pobliski Lombok czy wspomniane już wyspy Gili.

Dużą część turystycznych atrakcji na wyspie stanowią malowniczo położone hinduistyczne świątynie. 85% lokalnej ludności wyznaje hinduizm a zaledwie 15% islam, ten podział widać wyraźnie w relacji ilości świątyń do meczetów. Hinduizm głosi min. dążenie do równowagi człowieka i przyrody, tymczasem wystarczy wyjść za róg świątyni czy hotelu, aby zobaczyć stosy śmieci wysypanych na pobocza dróg, śmieci walają się dosłownie wszędzie, co znacznie psuje wrażenia z pobytu na wyspie. Recykling i dbanie o środowisko to pojęcia nieznane w tych stronach, a szkoda.

Ogromnym rozczarowaniem dla nas była także kuchnia balijska, która wbrew oczekiwaniom okazała się być nijaka, pozbawiona smaku i egzotycznych przypraw, a jedliśmy naprawdę w przeróżnych miejscach na wyspie, zarówno w hotelowych restauracjach, jak i lokalnych jadłodajniach. Z wyjątkiem owoców, które są tu naprawdę smaczne i dojrzałe. Dla nas odkrywanie lokalnych smaków jest jednym z najważniejszych elementów podróżowania, więc niestety w tej kwestii Bali zawiodło nas całkowicie.

Po trzech dniach spędzonych na zatłoczonym i hałaśliwym Bali z przyjemnością udaliśmy się na północny-wschód wyspy do portu, by szybką łodzią dostać się na wyspy Gili, gdzie spędziliśmy drugą część naszego pobytu w tej części Indonezji.

Gili Trawangan

90 minut motorówką – zaledwie tyle zajmuje dotarcie z Bali na indonezyjskie rajskie wysepki Gili. Ten mały archipelag składający się z trzech wysp – Trawangan, Meno i Air, leży na wschód od Bali i jest częścią innej indonezyjskiej wyspy – Lombok. Jeśli Bali jest dla Was trochę zbyt hałaśliwe i tłoczne, to wyspy Gili będą strzałem w dziesiątkę!

Po trzech dniach pobytu na Bali, zapakowaliśmy się w zarezerwowanego wcześniej busa i ruszyliśmy w kierunku portu w Padang Bai. Przejechanie zaledwie 45 km zajęło nam półtorej godziny, a wszystko przez ogromne korki, które na balijskich drogach bez względu na porę dnia są normą. Nie ma jednak tego złego, bo przynajmniej mogliśmy obserwować po drodze prowincjonalne krajobrazy i życie tubylców w miejscowościach, gdzie turyści pojawiają się sporadycznie.

Po dotarciu do portu, pogawędziliśmy chwilę z lokalnymi sprzedawcami a następnie załadowaliśmy bagaże i swoje cztery litery na pokład motorówki. Tzw. speed boats, to zdecydowanie najszybszy środek transportu, którym można się dostać z Bali na wyspy Gili – dotarcie do celu zajmuje jedynie półtora godziny.

Wyspy Gili są trzy, każda ma trochę inną specyfikę i klientelę. Najmniejsza Gili Meno ma opinię najbardziej odludnej i idealnej dla zakochanych par. Gili Air natomiast uchodzi za najbardziej przyjazną rodzinom z dziećmi. Natomiast największa wyspa tego niewielkiego archipelagu – Gili Trawangan, często nazywana jest „indonezyjską Ibizą”. Niezrażeni imprezową opinią, postanowiliśmy spędzić kilka dni właśnie na tej wyspie.

Dopływając do brzegu wita nas biały piasek, turkusowa woda i egzotyczna roślinność. Po dotarciu do prowizorycznego portu na wyspie Trawangan, odbieramy swoje bagaże i wychodzimy na główną ulicę. Kłębią się tu w licznych barach i knajpkach w większości młodzi turyści z Europy. Panuje iście wakacyjna aura a słońce mimo, że nie ma jeszcze południa przypieka niemiłosiernie. Udajemy się do bankomatu w celu wybrania gotówki, wiedząc że na wyspie zdarzają się przerwy w dostawie prądu. Następnie ustawiamy się w kolejce po konne taxi – tak, dobrze czytacie. Na wyspie jedyny dozwolony ruch kołowy to rowery i małe konne powozy zwane tu cidomo. Cudownie, zero warkotu silników i spalin!

Młody woźnica wrzuca nasze bagaże na pakę, i nas między nie, dogadujemy kwotę i w palącym słońcu ruszamy wyboistą drogą w kierunku naszego hotelu, który znajduje się na północnym krańcu wyspy, 20 minut jazdy od centrum. Całą drogę podskakujemy na koleinach, uśmiechając się do siebie na widok sielskich krajobrazów, które przywodzą na myśl życie na wsi dobre pół wieku temu. Już wiemy, że pobyt tu, to będzie odskocznia od cywilizacyjnej rzeczywistości, co nas niezmiernie cieszy.

Wybór hotelu na północy wyspy również okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Bungalow w egzotycznym ogrodzie, cisza i błogi spokój, z dala od tłumów imprezowiczów. Co można robić na tej wyspie? Objechać ją na dwóch kółkach – rowery można tu wypożyczyć w każdym hotelu. Poza tym wyspa jest mekką dla miłośników nurkowania i snorklowania, rafa znajduje się bardzo blisko brzegu, a dodatkowo można popłynąć łódką na sąsiednie wyspy.

Trawangan można odkrywać także spacerując – wyspę można obejść pieszo w około 2 godziny, mijając po drodze wiele hoteli, knajpek, szkół nurkowania itp. Dodatkowo napawając się widokiem zjawiskowych zachodów słońca. My spędziliśmy tych kilka dni w dużej mierze na błogim nicnierobieniu, nierzadko na leżaku z dobrą książką w jednej ręce i zimnym koktajlem w drugiej. La dolce vita!

Małpi gaj w Ubud

W popularniej turystycznej miejscowości Ubud na indonezyjskiej wyspie Bali znajduje się nietuzinkowy małpi rezerwat – Sacred Monkey Forest Sanctuary. Ten tropikalny las jest domem dla około 600 osobników. Jeśli interesuje Was życie makaków, to koniecznie musicie odwiedzić to miejsce w trakcie pobytu na Bali.

Teren rezerwatu to około 10 hektarów, które porasta aż 115 gatunków drzew. Las jest bardzo gęsty, soczyście zielony i pagórkowaty. Lokalna ludność niektóre z gatunków rosnących tu drzew uważa za święte i wykorzystuje je do religijnych rytuałów. Na terenie lasu znajdują się trzy hinduistyczne świątynie, których powstanie datuje się na połowę XIV wieku. Główną misją rezerwatu jest realizacja jednego z najważniejszych nurtów filozofii hinduistycznej “Tri Hita Karana” – w tłumaczeniu: trzy sposoby na osiągnięcie duchowej i fizycznej równowagi. Przykładem takiej symbiozy jest życie makaków w ich naturalnym środowisku.

Małpi gaj to bardzo popularna atrakcja, ale my na szczęście odwiedziliśmy go poza sezonem a dodatkowo na 40 minut przed zamknięciem. Było już spokojnie i całkiem kameralnie. Słońce chyliło się ku zachodowi a drzewa rzucały przyjemny cień. Makaki zajmowały się swoimi sprawami, kompletnie nie zwracając uwagi na obserwujących ich w zdecydowanej większości białych ludzi. Reagowały na naszą obecność jedynie pod warunkiem posiadania jakiegoś pożywienia. Ich dieta składa się głównie ze słodkich ziemniaków, kukurydzy, bananów i liści papai. Dorosłe osobniki ważą od 3 do 8 kilogramów i dożywają maksymalnie 20 lat. W trakcie naszej wizyty nie dostrzegliśmy absolutnie żadnych przejawów agresji ze strony makaków, ale z pewnością gdy przybywają tu tłumy turystów w środku sezonu, takie sytuacje się zdarzają. Przestrzega się przed patrzeniem małpom prosto w oczy lub szczerzeniem zębów, gdyż jest to dla nich sygnał do ataku.

Obserwując te małpy trudno oprzeć się wrażeniu jak bardzo podobne są do ludzi. Ewolucja na żywym przykładzie. Budowa ciała, gesty, miny i zachowania. Zarówno dorosłe osobniki, jak i maluchy. Jedne ganiają się ze sobą, inne w imponujący sposób wspinają się po wysokich drzewach, popisując się akrobatycznymi umiejętnościami przy przeskakiwaniu z gałęzi na gałąź. Zakochane pary patrzą sobie w oczy, jeszcze inne głaszczą się po brzuchach, a matki nie spuszczają z oka swoich młodych. Brzmi znajomo, nieprawdaż?

Kawa w Kintamani

Kopi luwak, bo tak nazywa jest przez  miejscowych najdroższa kawa na świecie, to zdecydowanie coś czego musicie spróbować na Bali, szczególnie jeśli jesteście miłośnikami tego aromatycznego napoju. Kawa luwak, to gatunek pochodzący z południowo-wschodniej Azji, uprawiany głównie w Indonezji oraz w Malezji, a także gdzieniegdzie na Filipinach i w Wietnamie. Wytwarza się go z ziaren kawowca, które uprzednio wydobywane są z odchodów niewielkiego zwierzęcia z rodziny łaszowatych – łaskuna muzanga, popularnie zwanego cywetą a lokalnie luwakiem.

Łaskun zajada się wyłącznie najlepszymi, najdojrzalszymi owocami kawowca, ale nie trawi jego nasion, jedynie miąższ. W procesie nadtrawienia i fermentacji ziarna przechodzą przez układ pokarmowy tego niewielkiego ssaka, gdzie eliminowany jest ich gorzki smak a następnie są przez niego wydalane. Po oczyszczeniu ziaren, są one suszone i prażone w tradycyjny sposób.

W celu degustacji i zakupu tego wyjątkowego gatunku kawy, odwiedziliśmy jedną z plantacji kawy w Kintamani. Mogliśmy tam zobaczyć jak krok po kroku wygląda tradycyjny proces produkcji kawy. Na plantacji uprawianych jest kilkadziesiąt różnych gatunków kawowca oraz drzew herbacianych.

Z ziaren kawy, fermentowanych przez luwaka, uzyskuje się unikalny napar: gęsty, aksamitny, o bogatym smaku i intensywnym aromacie, z wyraźną nutą czekolady i karmelu. Smak zdecydowanie wyróżniający się na tle kawy serwowanej w Starbucksie. Ze względu na nietypową i pracochłonną metodę pozyskiwania ziaren, roczna produkcja kopi luwak waha się od 250 do maksymalnie 400 kilogramów ziaren. Dlatego też za kilogram tego rarytasu trzeba zapłacić co najmniej 400 dolarów amerykańskich, co czyni go jednym z najdroższych napojów na świecie.

My spróbowaliśmy dwóch rodzajów kawy luwak – jednej pozyskanej z ziaren łaskuna płci żeńskiej, delikatniejszej, oraz mocniejszej pozyskanej z ziaren wydalanych przez osobnika męskiego. Obie były bardzo aromatyczne i zdecydowanie unikalne w smaku. Oczywiście nie mogliśmy opuścić plantacji bez zakupu kilku paczuszek przepysznej kawy luwak a także aromatycznej herbaty limonkowej, których smak na pewno będzie nam przypominał o tym niezwykłym miejscu.

O autorce

Komentarze

Najnowsze wpisy na blogu

Sydney

Sydney

To już nasz trzeci wspólny wypad do Sydney. Z każdą kolejną wizytą w tym mieście, coraz mocniej się do niego przekonuję. Nadal podtrzymuję, że chyba nie chciała…

Berlin

Berlin

Berlin to miasto o wielu intrygujących twarzach. Jest europejską stolicą polityki i biznesu, a jednocześnie miejscem, które jak magnes przyciąga wszelkiej maści…

Wrocław

Wrocław

Wrocław to jedno z najciekawszych miejsc w Polsce na weekendowy wypad. Jest miastem przyjaznym zarówno dla mieszkańców, jak i odwiedzających go turystów, a popu…

Praga

Praga

Praga, to miasto w którym nie sposób się nie zakochać. Urocze uliczki starego miasta, którymi można spacerować godzinami, przepięknie zachowane zabytki, liczne…

Dubaj

Dubaj

Dubaj, to miasto które z pewnością warto odwiedzić chociaż raz. Skala rozmachu wielu inwestycji nawet na najbardziej wymagających i krytycznych obserwatorach mu…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!